sobota, 4 grudnia 2010

FRRO


No i stalo sie, musialam udac sie do FRRO (Foreigner regional registration office) w bombaju. Oczywiscie jestesmy w indiach wiec urzad w polsce i cala jego biurokracja moze sie przy indyjskim urzedzie schowac. tu jak nie dasz w lape to nawet stempelka nie dostaniesz, DOSLOWNIE! albo dostaniesz ale nie rozbie tego dzis tylko bede ci kazali przyjechac innego dnia, tylko po stempel. a wiadomo ze kolejny przyjazd wiaze sie z nieuniknionymi w bombaju korkami, co jest tragedia!
no to wygladalo to mniej wiecej tak: przyjechalismy do FRRO sama podroz samochodem zajela nam okolo godziny. chcielismy jechac taxi ale w bombaju dziala tylko jedna firma taxowkowa na telefon, ktora stwierdzila ze nie ma wolnej taxi na ta godzine, chociaz dzwonilismy godzine przed czasem:P wracajac do tematu, przyjechalismy do frro i oczywiscie nie ma gdzie zaparkowac. kompletnie! wiec K. zostawil mnie tam a sam pojechal szukac miejsca. wchodzi sie do tego ich "urzedu" pierwsze co trzeba sie wpisac to ksiazki /dane, numer tel i takie tam/. nastepnie trzeba sie udac na 3 pietro gdzie znajduje sie moje "ukochane" frro". nie bylam zbytnio zdziwina gdy zobaczylam dlugo kolejke do RECEPCJI :P tak, najpierw trzeba sie tu udac do recpecji, by ci sprawdzili moje dokumenty i powiedzilei mi gdzie mam isc w mojej sprawie ;)
owa kolejka steruje pan straznik :P i chociaz jestes 1 w kolejce mozesz dojsc do recepcji jako 10 :P wszystko zalezy od inwencji tworczej pana stranika ;) i komu pozwoli podejsc do urzednika ;) na szczescie ja mialam sytuacje na odwrot. bylam 10 weszlam jako 1;) /ah te blond wlosy i jasna karnacja;)/
urzedniczka zapytala sie po co przyszlam i sprawdzila moje dokumenty. namazala mi cos na ostaniej stronie i wskazala pierwsze drzwi na lewo ;)
no i zaczelo sie.... najpierw trzeba usiasc przy komputerku i wypelnic wnioski ktore urzednik ci wskaze, wyrukowac i dawaj w nastepna kolejke ;)
nastepna kolejka jest do pan ktore cala dokumentacje sprawdzaja ponownie, daja stempelek i takie tam. ciezko to nazwac kolejka poniewaz wyglada to tak ze ludzie siedza w jednym pomieszczeniu i jak jakas pani wychodzi to wskazuje osobe ktora bedzie teraz obslugiwac. znowu wszystko poszlo w miare gladko. wszystkie papiery mialam ok, plus zadala mi pare pytan gdzie mieszkam i takie tam ;)
poniej zauwazyla K. i nie chciala juz ze mna gadac tylko z nim. stwierdzila ze jednak potrzebny nam jest jeszcze jeden dokument z oplata skarbowa 100rs. okazalo sie ze oplata skarbowa moze byc tylko 50rs lub 500rs wiec musielismy zaplacic 5 razy tyle niz potrzeba! wrocilismy ponownie ze wszystkimi papierami ale baba mowi ze potrzebuje jakis stempel ale na nim musi podpisac sie jej szef, a szefa nie ma. K. naobiecywal jej roznych rzeczy ze wyslemy jej paczka do domu, to wtedy sie zgodzila zebysmy przyszli za 1,5godz to moze szef juz bedzie ;)
przychodzimy za 1,5 godz, siedzimy w kolejce a ta babka wychodzi i szepcze cos do K. po hindi. nie wiem o co chodzi. okazalo sie ze jezeli nie chcemy czekac dluzej musimy "zaplacic". no to idziemy ponownie do ich biura, w teczke wlozone 1000rs i sprawa byla zalatwiona w 10min. ;) i dostalam RESIDENCE PERMIT :)

środa, 1 grudnia 2010

Goaaaa!


wrocilismy z goa :) bylo swietnie :) najbardziej podobalo mi sie to ze jest tam tak zielono, niebo jest blekitne, a morze nie smierdzi :) w porownaniu z bombajem jest tam jak w niebie :) pierwsze co nam sie rzucilo w oczy zaraz po przylocie, ze nie ma tam tak duzej ilosci samochodow, a co za czym idzie na ulicy da sie porozmawiac, ludzie nie trabia caly czas. miasteczka sa jak cywilizowana dzungla. pelno drzew WSZEDZIE!
tak troche tam po wiejsku ale podobalo sie nam, bardzo!
bylismy tam tylko kilka dni dlatego przyznam sie ze nie zwiedzalam, licze ze pojedziemy tam ponownie. czas wypelnilo mi slodkie robienie nic, plywanie, skutery wodne i... oczywiscie jedzenie ;) trzeba przyznac ze owoce morza przygotowane na goa sa nie z tej ziemi :) tak sie objadlam ze dostalam przez to dodatowych kilogramow ;)
caly pobyt uplynal bardzo spokojnie, bez zadnych niespodziewanych zwrotow akcji.
lot na goa byl na czas /co nie jest tu czestym zjawiskiem/, transport z hotelu juz na nas czekal/co tez nie jest czeste/, a pobyt w resorcie byl cudowny...ALE!
no wlasnie ALE nic nie moze byc, az tak piekne i proste, w koncu to indie ;)
wszystko zaczelo sie na lotnisku. nadalismy bagaz i wszystko bylo ok, ale na kontroli osobistej zostalismy zatrzymani, a wszystko przez BRELOCZEK do kluczykow od samochodu! wydaje sie niewiarygodne, ale tak!
K. zapomnial wyjac z kieszeni kluczykow no i dawaj, bramka zaczela piszczec, wykrywacz metali tez piszczal to poprosili go o wyjecie tego co ma w kieszeni. jak to indiance zobaczyli to omalo nie zemdleli.. :P chyba dawno sie na tym lotnisku nic nie dzialo bo zlecieli sie prawie wszyscy. to co karim wyjal z kieszeni to wspominane kluczyki z breloczkiem. nic nie bylo w tym specjalnego, gdyby breloczek nie mial ksztaltu pocisku, a my zostalismy posadzeni o probe przewiezienia amunicji!!!!!
zostalismy zatrzymani na lotnisku i kolejno pytania. skad jestemy, co tu robilismy, gdzie jedziemy, czym sie zajmujemy i takie tam. no i skad my to mamy! a mam to od mojej najukochanszej siostry :P chociaz probowalam wytlumaczyc straznikom ze jest to forma reklamy jakiejs firmy i nie jest to prawdziwy pocisk, nie szlo im to zrozumiec. stwierdzili ze wyglada on bardzo wiarygodnie! straznik wezwal swojego szefa, szef swojego szefa i tak wkolko;) niesamowite do czego prowadzi ich glupota. w koncu skonczylo sie konfiskata breloczka a nas po sprawdzeniu naszej histori paszportowej puscili na poklad samolotu. 20 minut dluzej i nie wyrobilibysmy sie na samolot!
teraz wiem o co chodzi w hasle promujacym turystyke w indiach "INCREDIBLE INDIA" ;)
zdjecia tutaj kliknij tutaj

piątek, 26 listopada 2010

"ha" & "nahi"

oo tak, czyki uroki jezyka hindi, ktorego musze sie przyznac w ogole nie znam ;-)
moze nie w oglole, ale uzywam tylko potrzebnych mi zwrotow :) i szczerze mowiac nie mam zbytniej ochoty wiedziec wiecej. jezyk ten przynajmniej dla mnie brzmi okropnie, miliony superkrotkich slow!] ale przynajmniej wymawianie ich jest jak dla mnie normalne. bez zbednych akcentow lub niezrozumialych kombinacji liter.

ale to jest przyklad jak jest po hindi "nie mowie po hindi": main hindī nahī bol sakta hū :D prawda ze proste?

do tej pory opanowalam wszystkie zwroty potrzebne przy rikszy. BO CI KIEROWCY TO NAJGORSZE OSZUSTY! zawsze mi mowia inna cene lub jada "w nieznane", chociaz dokladnie wiedza gdzie to jest :)

jezyk hindi przydalby mi sie tez do pani sprzatajacej bo nigdy nie wiem co ona tam do mnie gada. A gada to ona duzo, w nieskonczonosc, na pewno wiecej niz ja...! wie ze jej nie rozumiem ale caly czas probuje ;) A moze dzis jej sie uda :) jak nie idzie na slowa, to mi zaczyna pokazywac rekoma :P CYRK :)

no to "namaste" wam wszystkim i ide sie pakowac, bo jutro jade na wakacje ;)

środa, 17 listopada 2010

BAKRID


Dzisiaj obchodzony byl BAKRID, swieto muzulmanskie. Jak mi wytlumaczyla S. jest to swieto poswiecania. czyli tego dnia poswiecasz blizej nieokreslone cos by zrobic cos dobrego. Ja z familiada pojechalam na lunch z tej okazji. Kiedy S. w samochodzie tlumaczyla mi na czym polega swieto K. stwierdzil ze tez sie poswieca, a dokladniej swoj cenny czas by jechac na ten lunch :P dobre podejscie do sytuacji ;)

jezeli rodzina jest bardzo wierzaca to ich dzien wyglada TROCHE inaczej. np jezeli u ciebie jest ta impreza to z rana zaczynaja sie do ciebie zjezdzac goscie. oczywiscie wtedy wszyscy zakladaja muzulmanskie ciuchy. szczegolnie panowie ladnie wygladaja w sowich bialych sukienkach ;) odmawiana jest w meczecie modlitwa a pozniej zabijana jest koza. wedle obyczaju 1/3 miesa zjada rodzina, a 2/3 trzeba oddac biednym.
w muzulmanskich dzielnicach zebracy czaja sie juz od switu pod drzwiami rodzin wyznajacych islam. kazdy czeka na swoja czesc miecha ;-)

caly ten obrzadek dzieje sie na uczczenie starej opowiesci o tym jak allah wystwil na probe Ibrahima, takiego naszego abrahama ;)

do wszystkich "id mubarak" /pozdrowienie w trakcie bakridu/!

PS
za tydzien jade na GOA :) yeeee!!!!!!

wtorek, 9 listopada 2010

DIWALI 2010



podczas diwali mozna bylo zobaczyc tego typu usypane z kolorowego proszku swiateczne ozdoby na klatce schodowej ;) reszta zdjec tutaj---> http://picasaweb.google.com/106423908986170116560/DIWALI2010#

piątek, 5 listopada 2010

DIWALI-swieto swiatla, zwyciestwa dobra nad zlem


po przerwie wzielam sie za napisanie notki ;)
tak jak w tytule dzis w indiacj jest diwali. diwali to swieto switla. wszyscy szykowali sie do tego juz od tygodnia. domy, sklepy, drzewa wszystko przystrojone jest w kolorowe lampki, jak u nas na boze narodzenie ;) wyglada to bardzo swojsko ;) dzis wezme aparat to porobie fotki. bo to co oni wyprawiaja z tymi lampkami to po prostu przeszlo moje oczekiwania ;) nackane, naupychane jak sie tylko da. byleby bylo duzo, kolorowo, mrygajaco! nawet banki sa tak przystrojone. jeden dom blisko promenady zafundowal sobie wielkie elektryczne swiece. wyglada to ladnie ale troche jak w kosciele /ozywiscie tez musze zrobic zdjecie/, ale wszyscy znajomi sie nad tym rozplywaja i kazdy sie pyta czy widzialam ten dom itd :P
na klatce schodowej, przy drzwiach ludzie stawiaja sobie zapalone swieczki /tym razem nie plastikowe/ i witaja tak boginie lakszmi (bogini bogactwa i szczescia). nawet przy wjezdzie na podworko stoi sobie taki znicz ;)
dziwne to swieto, nie wiadomo do czego porownac. niby swiecidelka jak na boze narodzenie, a ciegle puszczane fajerwerki to jak na nowy rok ;) ale przynajmniej we wszystkich szkolach ma sie wolne i to nie jak u nas max tydzien. tutaj siwetuje sie 3 TYGODNIE!

jako off topic dodam ze dzis do indi przyjechal obama, dlatego dzieja sie rzeczy niesamowite. cala calaba (turystyczna dzielnica bombaju, tam gdzie jest brama indii) jest zablokowana. nie mozna tam wjechac. porzadki i przygotowania trwaja juz od jakiegos czasu. wczoraj nawet zostal umyty (Tak tak umyty!) caly plac miedzy taj hotel a brama indii. krawezniki zostaly odmalowane, znaki, pasy itd. normalnie cyrk. zamieszanie wieksze niz jak papiez do polski przyjezdzal. najsmieszniejsze jest to ze te ulice nie widzialy miotly a co dopiero czystej wody od lat, a przyjezdza prezydent usa i takie zmiany :P

poniedziałek, 11 października 2010

ostatnio zaczelam uprawiac naczelny sport w bombaju;) a tym sportem jest marsz.. tak tak zwykle chodzenie. to tutaj nie lada wyzwanie, tym bardziej, ze spacerujemy jak w saunie. gdy tylko zaczyna sie robic wieczor na ulice zeczynaja wychodzic tlumy. wszyscy maszeruja to pobliskiej promenady lub parku. spaceruja mlodzi i starzy. wyglada to przezabawnie, gdy widze babke ok 60 w tradycyjnym sari i adidasach ;)
o 18-19 na promenadzie kolo mojego domu czasem ciezko jes przejsc. niektorzy dolaczaja do tego treningu specyficzne wymachy ramion lub ruszaja rekoma tak jak przy nordic walking tyle ze bez kijkow;)
pewne grono osob ma inny sposob na cwiczenia. chodza z bandstand do mt marry i z powrotem. mr mary polozone jest na wzniesieniu, wiec wszyscy maja nadzieje ze dzieki wiekszemu wysilkowi szybciej zrzuca zbedne kilogramy.
co mnie bardzo smuci w bombaju nie da sie jezdzic na rowerze. juz nie mowie nawet o wyznaczonych sciezkach bo to dla nich tu brzmi jak science fiction, tym bardziej ze tu czesto nie ma nawet miejsca na chodnik. nie mozna jezdzic na rowerze po ulicach. tzn mozna ale chyba bym zginela w przeciagu pierwszego tygodnia.
w nastepnym tygodniu zaczynam szukac belly dance classes ;)zobaczymy co z tego wyniknie ;)

piątek, 8 października 2010

Chyba przydaloby sie cos napisac;) tak jak wspominalam zaraz po przyjezdzie jest bardzo goraco, bardzo duszno i bardzo goraco i duszno;) wiatraki juz malo daja. wszyscy czekaja na listopad jak na zbawienie. podobno ma byc zimno- ok 25 stopni :P

wiem ze bombaj ma bardzo zanieczyszczone powietrze ale nie przypuszczalam, ze bedzie dla az tak odczuwalne/widoczne. wracam sobie z lotniska do domu jakby nigdy nic a mieszkanie wyglada jak jeden wielki syf. kapcie sa czarne a po 6 tygodniach nieobecnosci przybraly kolor szary. jakby ktos je podczas remontu uzywal. firanki oczywiscie tez zmienily kolor na jasny szary. Okna byly oczywiscie zamkniete wiec w srodku panowal niewyobrazalny zaduch. chociaz byla godzina 5 rano zaczelam otwierac wszystkie okna i wlaczac wiatraki by "wymienic" powietrze.

niektore ciuchy, ktore tu zostawilam nadawaly sie do wywalenia. przez to ze szafa byla szczelnie zamknieta, a powietrze tu jest bardzo wilgotne, na moich ciuchach osiadlo cos w rodzaju plesni. sama nie wiem jak to okreslic. taki bialy osad.

od dwoch dni prowadze generalne sprzatanie /po swojemu/, pozniej wroci mila pani sprztajaca :)
duzo osob mi mowi ze mam duzo wolnego czasu wiec moglabym sprzatac, ale sprzatanie w iniach to nie to samo co sprzatanie w polsce. no chyba ze ktos 24h siedzi w klimatyzacji, ale ja chyba jeszcze nie chce byc chora ;)

wiec tak najpierw trzeba wylaczyc wiatraki by paprochy, ktore w kolko wlatuja do srodka pozamiatac. wylaczenie wiatrakow laczy sie z tym, ze po 5 minutach jest sie juz tak mokrym jakby sie biegalo przez godzine. wiec zanim zamiote cale mieszkanie, tak mi sie kreci w glowie, ze musze na chwile usiasc. dalsza czesc sprzatania juz nie jest taka wyczerpujaca, ale po tym zamiataniu to juz sie nic nie chce.

a teraz fotografie swietnych rzeczy do sprzatania. MADE IN INDIA :P

ZDJECIE NR 1: miotła w indyjskim wydaniu, z "wlosiem" do zamiatania powierzchni suchych :P


ZDJECIA NR 2: miotla plastikowa do zamiatania w lazience


ZDJECIE NR 3: sciagaczka do lazienki, bardzo przydatne po prysznicu, jezeli kabina przysznicowa jest cala lazienka;)


ZDJECIE NR 4: srodek zabijajacy wszelkie bakterie :P LIZOL :P ze specjalna dedykacja dla mileny ;)

środa, 6 października 2010

powrot

wrocilam...! hurra!
goraco jak cholera, duszno jak cholera... ale jest super :)
wiecej info pozniej ;) ogolnie jestm cala i zdrowa ;)

piątek, 20 sierpnia 2010

Tydzień temu byłam na urodzinach córki kuzyna K. Oczywiście nie zawiodłam się, bo oczywiście coś musiało być inaczej ;)
Cała familiada (ok 20 osób) została zaproszona na obiad na godzine 21.30. Tak, tak dla nich to O B I A D! Na całe szczęście nie wyskakuje tam już nikt z kolacja ;)
Wszyscy zjawili się jak na indiańców bardzo punktualnie (my byliśmy ostatni:P). Na całe szczęście nikt się nie bawił w startery i od razu wszyscy zaczęli od dania głównego.
A że restauracja nazywała się sizzlers, to wszyscy pozamawiali te dymiące talerze;) nie radzę wtedy siedziec "pod wiatr" /klimatyzacji/ ;)

U nas na urodziny dziecku raczej daje się zabawki, gry itp Tutaj wszyscy bez wyjątku dają pieniądze w kopercie, na której piszesz swoje imię oraz życzenia.
Po obiedzie obowiązkowo MUSI być deser. W tym wypadku był to tort z okazji urodzin. Było zdmuchiwanie świeczek oraz tradycyjne "happy birthday to you" i wtedy stało się coś innego... Nagle solenizantka włożyła swoją rękę w tort wzięła kawałek i dała zjeść go ze swojej ręki najpierw ojcu, potem matce, a następnie wszystkim goścom. Dobrze, że nie siedziałam blisko jej rodziców bo bym nie miała pojęcia co ona ode mnie chce:P hahah
Jednego dnia byliśmy na innym rodzinnym obiedzie, który odbył się z okazji mojego przyjazdu do indii. Wszyscy tym lokalu byli po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni ;) my odwiedziliśmy to miejsce ponownie wczoraj. Restauracja nazywa się global fusion. Już na pierwszy rzut oka robi świetne wrażenie. Wnętrze ogromne i całość wykonana w tajskim stylu. Chociaż wszystko znajduje się wewnątrz budynku, w ogóle się tego nie odczuwa, ponieważ są tam porobione sztuczne oczka wodne, niektóre stoliki są w formie altanek itp.
Tym razem wszyscy zaczęli od starterów, W pewnym momencie miałam wrażenie, że już nie zmieszczę dania głównego. Jedzenie tam to po prostu poezja. Mogę wszystkim polecić pieczoną baraninę w sosie słodko ostrym, pieczone krewetki z serem oraz kurczaka w miodzie i sezamie.
Do restauracji ludzie przychodzą tu najczęściej całymi rodzinami. Rzadko się zdarza aby przy stoliku było mniej niż 4-6 osób. Oczywiście wszyscy odstrojeni. Jedno co mnie zdziwiło to to, że dziewczynki które mają po 10-12 lat chodzą tu w butach na obcasach. Kobiety ubierają się przeróżnie. Od normalnych zachodnich ciuchów po kurty i sari. Mężczyźni w większości noszą normalne jak dla nas ubrania. Czasem dodatkiem do tego jest kolorowy turban ;)

piątek, 13 sierpnia 2010

Film I

Oto króki film, który nagrałam gdy byliśmy w calabie.


USŁUGI

W Indiach wszystko co możliwe jest z dostawą do domu i to za darmo. Codziennie na naszej wycieraczce jest gazeta (koszt jednej to 2 rupie; 15 rupii= 1zl). Ludzie zamawiają też pieczywo. Wystarczy, że na wieczór wywiesisz torebkę na klamce swoich drzwi, a po przebudzeniu będzie na ciebie czekał świeży chleb (ok 3 rupie, 4 bułki). Ostatnio gdy się skaleczyłam, K. zamówił bandaż i wodę utlenioną, wszystko dowiezione w 20min ;)
W każdym sklepie jest facet, który otwiera przed tobą drzwi. Nie ważne czy sklep jest duży czy mały. Drzwi przecież ktoś otworzyć musi. Dlatego nawet, gdy idę do lokalnego spożywczaka spotykam gościa, który to za mnie robi.
Tutaj szewca można znaleźć dosłownie na ulicy. Mają swoje stanowiska na chodnikach. Tak samo jak pan, który dorabia klucze. Wymiana fleków w szpilkach 50 rupies, dorobienie klucza 40 rupies ;)
Jak wiadomo w Bombaju wielkim problemem są ciągłe korki. Ciężko jest także znaleźć miejsce do parkowania. Prawie każdy sklep posiada swoich panów parkingowych lub prywatny parking, gdzie za niewielkie pieniądze można spokojnie zostawić swój samochód i nie jeździć w kółko przez kilkanaście minut.
Zjawiskiem, które jest tu powszechne jest pani sprzątaczka w każdym domu. Wcale nie trzeba być bogatym by móc sobie pozwolić na tą przyjemność. Na początku nie mogłąm zrozumieć po co komuś mopowanie podłogi dzień w dzień, ale teraz już wiem. Z powodu ogromnych wiatraków, które zamontowane są na sufitach wpada do mieszkań trawa lub liście oraz dużo pyłu. Po drugie typ "mokrej łazienki" też nie czyni domu czystszym ;)
Jednego wieczoru poczułam się bardzo źle dostałam gorączki i dreszczy oraz przy okazji indyjskiej odmiany klątwy faraona ;) Z tego też powodu trzeba było wybrać się do lekarza. Jego "private clinic" wyglądała jak u nas budka na bazarku, a przed nią liczne donice z kwiatkami i ogrodowe krzesełka;) była tez poczekalnia wielkości 4m2 dlatego wybrałam ogrodowe krzesełko, tym bardziej że wewnątrz było bardzo tłoczno. Wszyscy na mnie spoglądali, ponieważ byłam jedyną "białą" osobą. Było to o tyle dobre, że nie musiałam się nawet zastanawiać co tu się po kolei robi. Szybko podeszła do mnie dziewczyna z recepcji i o wszystko sie wypytała i lekarz miał mnie przyjąć za 20 minut, chociaż byłam na czas. Oczywiście 20 min wydłużyło się do 40 ale nie byłam bardzo zdziwiona. Gabinet lekarza był mniejszy niż poczekalnie. Spytał się o parę rzeczy, sprawdził podniebienie i nara. A za całą wizytę zapłaciłam 10zl. Najlepsze było to, że obejmowało to także leki ;)

czwartek, 12 sierpnia 2010

Ostatnio cały czas chodzę i nucę tą piosenkę. Chyba za często ja puszczają w radio ;)

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Nowe Zdjęcia

Wczoraj znalazłam chwilę i porobiłam parę fotek:)
Kategoria jedzenie: KLIKNIJ TUTAJ

oraz trochę z calaby: KLINKIJ TUTAJ

środa, 4 sierpnia 2010

BUTY

Dziś pojechałam z R. na małe zakupy. Najpierw do kosmetycznego, który znajduje się z 15 min rikszą od mojego domu. Warto dodać, że na razie chyba się tam sama nie wybiorę, ponieważ nie załapałam drogi, a oczywiście kierowca też jej nie znał i R. musiała w kółko mówić, gdzie facet ma skręcić.
Po kosmetycznym przyszedł czas na tytułowe buty. A to wcale nie taka prosta sprawa, jak mi się wydawało. Przejechaliśmy rikszą na ulicę, gdzie były same skepy z butami. Jeden obok drugiego. Wchodzę do pierwszego i nic. Wchodzę do drugiego i nic. I do nastęonego i następnego i NIC! Odwiedziłam z 10 sklepów i nie znalazłam odpowiednich butów, BO:
*dużo większy jest wybór butów płaskich niż na obcasie
*buty na obcasie to zazwyczaj klapki /taka tu moda, noszą to nawet do sari/
*buty z zakrytą piętą to marzenie nie do spełnienia
*wszystkie buty muszą być obowiązkowo przyozdobione cekinami, kolorowymi szkiełkami lub innymi bzdetami-oczywiście świecącymi się /im bardziej się świeci tym lepiej/

I JAK TU DOSTAĆ BUTY JAK WSZYSTKIE WYGLĄDAJĄ JAK Z BAZARU?
-albo zapłać krocie
-albo idź i sobie uszyj ;)

I tak po godzinie zniechęciłam się do dalszych zakupów;)
Na całe szczęście w trakcie pobytu w cukierni R. przypomniała sobie o jeszcze jednym sklepie i.... TAK! TAK! TAK! Znalazłam buty, zwykłe, czarne i w dodatku z zakrytą piętą! Mieli, AŻ 3 rodzaje takich ;) schowane na samym końcu alejki :)
Teraz mogę przyjeżdżać :P

niedziela, 1 sierpnia 2010

OKOLICA



Ostatnio zrobiłam parę zdjęć by pokazać wam jak wygląda miejsce gdzie mieszkam:)
Może pogoda nie była wyśmienita na fotografowanie, no ale zawsze coś.
Mieszkam w dzielnicy, która się nazywa Bandra(w). Mówią, że jest to najlepsza dzielnica w tym mieście i chyba rzeczywiście tak jest. Widok białego człowieka nikogo tu bardzo nie dziwi, co nie znaczy, że ludzie się na mnie nie patrzą. Po prostu nie robią tego tak nachalnie:) Tu gdzie jest moje mieszkanie jest bardzo cicho i spokojnie. Po wyjściu przed ogrodzenie budynku od razu widać morze. Nie przejeżdża tędy wiele samochodów, więc nie słyszę w kółko tego irytującego trąbienia.
A tak wygląda ta ulica:

Trzeba przyznać, że jest tu bardzo ładnie i zielono :) Gdybym szła w dół tej ulicy od razu bym zeszła na promenadę, gdzie jest wiele knajpek oraz spacerujących osób- głównie panów lub obściskujących się par (każda pod swoją parasolką).
Odnośnie panów, to nikogo nie dziwi dwóch facetów trzymających się za ręce. Jest to dowód męskiej przyjaźni i to nie gejowskiej.

Jak widać cały czas jest pochmurno i pada, pada, pada ;)
Gdybym poszła w górę mojej ulicy po 2 min dotarłabym do znanego kościoła Mount Mary.
Słyszałam, że jest on najstarszy w Bombaju. Każdego dnia można tam zobaczyć wiele osób, które wspinają się po schodach by pomodlić się przy tej figurze.

Sam kościół jest cały czas zamknięty, nie wiem dlaczego. W koło oczywiście są stragany i stali bywalcy- żebracy, ale akurat nie są tak nachalni jak w innych częściach miasta, którzy nie odejdą od ciebie póki się nie schowasz w jakimś budynku lub nie wsiądziesz do samochodu.

Wracając do tego gdzie konkretnie mieszkam to tak wygląda "podwórko" przed budynkiem

Oprócz miliona roślin w doniczkach, drzew, betonu i samochodów nic tam się nie znajduje. Oczywiście nasz budynek jest "chroniony" 24h na dobę;) Dwóch strażników siedzi sobie na ogrodowych krzesełkach i rozmawiają sobie całymi dniami. Warto dodać, że pan strażnik nie ma postury ochroniarza. Jest to raczej starszy pan i to cherlawy. Sądzę, że gdybym napadła go z wałkiem do ciasta nie wiem czy dałby mi rady;) Według mnie strażnicy pełnią bardziej funkcje "wywiadowcze". Zawsze można się go spytać, czy był ktoś u nas pod naszą nieobecność lub żeby nas powiadomił o tym i o tamtym ;)
Kończąc posta pokażę wam jeszcze jak wyglądają tu drzwi do mieszkania. To co mnie rozśmieszyło już pierwszego dnia, a K. nie wiedział z czego się tak śmieje, bo wydawało mu się to normalne. Tutaj powszechne jest "okienko w drzwiach". O tak, nie wizjer! Tu ma się całe okno by zobaczyć, kto do nas przyszedł. Najgłupsze w tym jednak jest to, że jak otworzysz okno to przybysz wie, że jest w domu. Więc nawet gdy nie masz ochoty na wizyty i tak musisz otworzyć drzwi;)

A teraz drzwi od wewnętrznej strony po otwarciu okna:

piątek, 30 lipca 2010

KINO


Jakiś czas temu wybraliśmy się z K. i R. do kina na film Inception /btw wszystkim polecam!!!/. Byłam bardzo ciekawa jak tu wygląda seans. No i nie rozczarowałam się.. Jest inaczej niż w Polsce. Nic tu nie może być zwyczajne ;)
Chociaż poszliśmy na film w środku tygodnia o godzinie 22 przy kasie zdobyliśmy OSTATNIE BILETY! W kinie były dzikie tłumy. Najwidoczniej film jest jedną z ich ulubionych rozrywek /w końcu to Bollywood ;)/.
Bilety są tańsze niż w Polsce (ok.17zl), ale ciężko je zdobyć jeżeli idzie się na nowy lub bardzo rozreklamowany indyjski film, który każdy chce zobaczyć. Chociaż kin jest wiele, na pewno nie świecą pustkami;) Bilet na niedziele trzeba kopić minimum dzień wcześniej, ponieważ niedziela jest tu "family day" i wszyscy gdzieś wychodzą, ale o tym poźniej.
To tak, pierwsza rzecz, która mnie zdziwiła zdarzyła się zanim jeszcze zdążyłam zajac swoje miejsce. Wchodząc do sali wszyscy nagle się zatrzymali i usłyszałam jakąś muzykę. Spytałam się K. co to ma być, dlaczego nie możemy iść, a on na to, że najpierw trzeba wysłuchac HYMNU!!!!!!! Byłam w głębokim szoku, ale zostałam poinformowana, że dzieje się to przed każdym seansem, Na ekranie wyświetla się grupa ludzi którzy w biały strojach (troche w stylu gospel)śpiewa ich hymn. To co wyświetla się w tym czasie na ekranie wygląda mniej więcej tak:

Po paru minutach zajęłam miejsce, miłym zaskoczeniem było to, że można rozłożyć sobie fotel do pozycji wpół leżącej. Naprawde dużo lepiej się ogląda.
Ale oczywiście cały film nie mógł przebiec bez żadnej niespodzianki. Co się okazało? W połowie film został przerwany. Nastąpiła 15 minutowa przerwa by ludzie mogli wyjść i kupić sobie więcej jedzenia!! Było to dla mnie śmieszne i irytujące, ponieważ byłam ciekawa co stanie się dalej w filmie, a te łakomczuchy (min 70% sali) wyszły i po 10 min zaczeli się złazić obładowani jedzeniem.
Po zakończeniu seansu wszyscy szybko wychodzą z sali i nie ma zwyczaju zabierać ze sobą pudełek po popcornie lub coli i innych przekąskach (warto zaznaczyć, że tam w kinie można sobie kopić prawie że obiad pizza itp). Wszystko zostaje na podłodze i fotelach, Może przez to nasz seans był opóźniony 30 min:P Bo obsługa tak długo sprzątała salę:P

środa, 28 lipca 2010


W końcu mam neta:) :) :)
Zaczynając od początku, było to tak....
Nie mam dobrych wspomnień z lotniska w Bombaju. Ludzie są tam bardzo niezorganizowani. Tak jak już wspominałam wcześniej jedna z moich walizek utknęła w Turcji ( na całe szczęście dostarczono mi ją w piątek). Na lotnisku ma się wrażenie, że więcej tam obsługi niż pasażerów. Nie wiem jakie są ich obowiązki, ponieważ 60% z nich po prostu siedzi na ławkach i rozmawia ze sobą.
Powracając do walizki. Najdziwniejsze było to, że jeszcze niczego nie zgłosiłam, a jeden chłopak z obsługi lotniska podszedł do mnie i powiedział, iż mój bagaż przyjedzie jutro. Nie wiem skąd wiedział, że ja to ja ;) No i wtedy się zaczęło... Wypełnienie formularza zajmuje im 20minut lub więcej i nawet chyba nie wiedzą jakie dane konkretnie są im do tego potrzebne, ponieważ co chwilę oddawali mi paszport, a później prosili o niego jeszcze raz. Przez to, że zgubiłam bagaż musiałam odpowiadać na głupie pytania na temat tego co było w tym bagażu, a przy okazji sprawdzili resztę moich walizek. Oczywiście coś im nie pasowało i stwierdzili, że rzeczy które mam są więcej warte niż zadeklarowałam i chcieli od nas wyłudzić pieniądze. K. przez to wdał się z jednym z oficerów w kłótnie. Najbardziej irytujące było to, że zaczął on wołać różne osoby i razem sobie oglądali moje rzeczy, i dyskutowali ile co jest warte, podając jakieś kosmiczne kwoty.
Najlepsze było to, że jak już przeszliśmy tą kontrolę trzeba było jeszcze raz prześwietlić walizki i mi pozwolili przejść bokiem, a K. musiał to zrobić, chociaż ja ciągnęłam jego bagaż, a on miał mój który oni przed chwilą oglądali. Ale kto zrozumie Indian? ;)
Gdy wyszłam na zewnątrz było bardzo duszno, ale na całe szczęście szybko znaleźliśmy jego kuzyna, który przyjechał nas odebrać. Z lotniska do mieszkania jechaliśmy może 15 minut, ale nie zdążyłam się nawet rozejrzeć wokół, ponieważ byłam bardzo zmęczona po podróży oraz tej szopce , w której braliśmy udział na lotnisku.
Porobię fotki i pokaże jak wygląda okolica gdzie mieszkam :)

wtorek, 20 lipca 2010

Jestem tu już prawie tydzień, a i tak nie załatwiliśmy wiele. Wszystko się odciąga w czasie. W ciągu dnia trudno jest załatwic więcej niż jedną rzecz /albo i to nie/.

Nadal nie mam internetu, ponieważ były jakieś stare niepopłacone rachunki za telefon w tym mieszkaniu. Na szczeście wszystko już zostalo uregulowane, ale teraz czekamy na zatwierdzenie naszego zgłoszenia.

W sklepach ciężko znalesc to czego sie szuka. Do jednej listy zakupów podchodzimy kilkakrotnie. Obecnie szukamy gdzie znalesc ociekaczke na mokre talerze itp.

Jak będę mila internet w domu, to napisze wiecej. Obecnie wszystko jest ok :)
Ludzie sa bardzo przyjaznie nastawieni:)

Ale nadal nie mogę zrozumiec dlaczego majonez kosztuje 20zl a ser feta 22zl ;)
Życie definitywnie nie jest tu tanie...

POZDRAWIAM WAS!

czwartek, 15 lipca 2010

NA MIEJSCU

Dotarlam na miejsce, na razie bez zdjec bo obudzilam sie moze 3 godziny temu.
nie mam jeszcze internetu w domu. Wskszystko wyglada dziwnie, ciezko mi obecnie cokolwiek skomentowac.

musimy isc do sklepu i pokupwac wszystko do mieszkania. bo obecnie nie mam nawet lodowki, nie mowiac juz o innych rzeczach.

jest strasznie duszno. temperatura moze nie jest wysoka ale po 20 min jest sie calym mokrym

bede pisac pozniej bo niedlugo zlozymy podanie o ineternet. mam nadzieje ze maksymalnie w tydzien bede miala stale lacze.

z ogolnych informacji moge poweidziec tylko to ze zgubili na lotnisku moj bagaz i zostalam w 2 koszulkach. opisze to wsztystko pozniej.

pozdrawiam i sie nie martwcie. wszystko jest ok.
nikt mi nie zabral paszportu /jeszcze/:P lub sprzedal gdzies jak inni podejrzewali;)

niedziela, 11 lipca 2010

PAKOWANIE

Zaczęłam się pakować, ale idzie mi to powoli. Trzeba się zastanowić co mi się przyda, a co jest zbędne. Oczywiście w domu zostawiam prawie wszystkie ciuchy "przed kolano" /oprócz paru par szortów/ oraz wszystkie bluzki z dekoltami, bo i tak ich tam nie założę. Mam 3 walizki ale mogę teraz śmiało powiedzieć, że to za mało :P

Żadnych specjalnych rzeczy nie kupowałam. Nie licząc kremów z filtrem, parę paczek moich ulubionych sosów i podkładu, ponieważ nie jestem pewna czy dostane tam w moim odcieniu.

Jutro lecę pozałatwiać ostatnie sprawy jak zrobienie xero najważniejszych dokumentów oraz kupienie woreczka strunowego do bagażu podręcznego. Mam nadzieję, że znajdę w sklepie odpowiedni.

Pozdrawiam wszystkich tych, których nie zdążyłam odwiedzić przed wyjazdem. Obiecuje, że nadrobię wszystko przy pierwszej wizycie :)

środa, 7 lipca 2010


Właśnie wróciłam z Lublina po 3 dniach. Zostało mi już mało czasu, a spraw do załatwienia przybywa. A ja, głupia łudziłam się, że będzie na odwrót ;)
Dziś odebrałam paczkę z prezentem dla jego mamy i jestem nim załamana, ponieważ wyobrażałam sobie to zupełnie inaczej. Mam nadzieję, że się do niego przekonam, inaczej będę się wstydziła to wręczyć. M. mówi, że nie jest zły, K. także. Może po prostu za bardzo się tym stresuje.
Na całe szczęście w Lublinie znalazłam większość rzeczy, których szukałam. Uwielbiam centrum plaza ;) Wszystko z 20% taniej niż w Warszawie :)
Jutro za to czeka mnie nasze tradycyjne nocne gotowanie z dziewczynami:)Przynajmniej jeden pozytywny aspekt zbliżających się dni.

środa, 30 czerwca 2010

BEZROBOTNA

Od dziś jestem już bezrobotna;) dość dziwne uczucie, ale nie można go nazwać nieprzyjemnym..:P ostatni dzień w pracy przebiegł dość sprawnie, tyle że nie miałam wielkiej motywacji do pracy, a było zakończenie miesiąca...
Teraz czas by zająć się trochę wyjazdem, bo wcześniej nie miałam jakoś do tego głowy. Od jutra mam zamiar spotykać się intensywnie ze znajomymi, by naładować sobie baterie na najbliższy czas:)

środa, 23 czerwca 2010

3 tygodnie

tak za 3 tygodnie wyjeżdżam. wszystko staje się coraz bardziej realne. trochę się cieszę trochę się boję. najgorsze wydają mi się te upały oraz duża wilgotność. porónując pogodę tu i tam, nie wiem czy śmiać się czy płakać. Niby fajnie, bo tu jest obecnie chłodno, ale za gorąco to też niedobrze. mieliśmy tego przykład około 2 tygodnie temu, gdy wszyscy narzekali na panujący upał. ale pożyjemy zobaczymy ;)

poniedziałek, 21 czerwca 2010

PRZYGOTOWANIA

o tak! przygotowania czas zacząć, tylko sama nie wiem od czego. wydaje mi się, że wszystko co potrzebne już mam. jeszcze tylko muszę iść do mistrza B, po więcej zdjęć paszportowych ;)
tam podobno do każdego formularza trzeba dać zdjęcie, tym bardziej, że zaraz po przyjeździe czeka mnie przedłużanie wizy... mój jedyny problem to prezent dla jego rodziny. nie mam pojęcia co wypada dać. w polsce sprawa jest prosta, butelka czegoś mocniejszego i po kłopocie, a tam to już nie bardzo .... ;) jeżeli macie jakiś pomysł to czekam na emaila ;)

wtorek, 15 czerwca 2010

WIZA

Postanowiłam, że zacznę pisać tego bloga od momentu starania się o wizę. No i stało się.. Pojechałam w poniedziałek z rana na Rejtana, by odwiedzić bardzo "reprezentacyjną" ambasadę Indii ;) Stary blok, a na prawie każdym piętrze inna ambasada :) Byłam już 8.05 a i tak napotkałam już na krótką kolejkę. Na szczęście nie tak dużą jaką zobaczyłam po wyjściu z ich korytarzowego "biura" ;)
Wszystko odbywa się bardzo zabawnie jak dla mnie. Ludzie siedzą w małym pomieszczeniu, zaraz po wyjściu z windy. Od ich biura odgradzają nas szklane drzwi (przez, które oczywiście nic "nie słychac :P ), którymi zarządza pewien pan z ambasady ;) W/w pan również zatwierdza innym wizy, a wszystko notuje miłą pani- dla odmiany polka.
Mnie poprosił do środka, gdy jeszcze inna osoba nadal tam przebywała, dlatego moje dokumenty zostały zweryfikowane "w powietrzu";) Ale wszystko zostało pomyślnie zatwierdzone :)
Równy miesiąc i przeprowadzka :)